czwartek, 8 kwietnia 2010

Wielkanoc,nowa-stara waza i o kuchni troszkę.

Niebo zbłękitniało, krokusy wylazły i Mały zmarszczył nos w uśmiechu, jak słońce zobaczył.
A ja udekorowałam salon na wiosenne klimaty.

Przemalowany kominek.
Ta freskowa waza w tle, to nowa waza, a nie stara waza. Może stara była podobna, ale kompozyszyn kwiatowe w wazie jest nowe, wiosenne i autorskie.


Tymi ręcyma ścianę malowałam. To znaczy wałkiem. Kolor miał być " begonia" ale wyszło coś a la negliż morelowy.



Tu malarz pospolity, czyli ja.



Wracając do tematu Wielkanocy, bardzo skromnie i wesoło przeświętowaliśmy- z sałatką warzywną, zapiekaną rybą, dwoma mazurkami z razowej mąki i wieeelkim sernikiem. Jajka tez były naturalnie.
I dużo słońca, spacery i błękit.
I tak mimo nowego imidżu salonu wszyscy siedzieli w kuchni.
Kuchnie są magiczne, już dawno o tym wiem.
Tu nie dosięgają sztormy, gwiżdże czajnik, pachnie chlebek i dobrze się gawędzi.
Podjadamy coraz to, dolewamy herbaty, parzymy nową, dokraja się ciasta, albo produkuje soki, albo po prostu jest.
Rzeczy stają się bardziej niż same rzeczy.
Prawdziwsze.
Myślę, że Eliade do miejsc sakralnych jeszcze kuchnie powinien dopisać.Do rozdarć.

"Owe „rozdarcia” są niejako otworami w jednorodnej materii profanum, poprzez które manifestuje się inna rzeczywistość. Miejsca takie, dotychczas świeckie, stają się miejscami świętymi, sakralnymi."


A to moja miotła pisankowa, czyli coś w rodzaju wianka nad stołem, do kompletu krowa w kwiatki i ptaszki- malowaszki.



A tu z mamą, niżej.I z Małym.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz