

Napisałam kiedys wiersz o tym puchatym jak skrzydła anioła cudzie.
Myślałam, że czas dany mi jest po to, by zrozumieć,
jakkolwiek upływały lata i nadal z tą samą bezradnością
stawałam nad liściem tamaryszku.
Agnostyczny księżyc wschodził nad moją głową,
nocą jelenie nawoływały się z głębi boru,
obracało się koło roku i kolejna wiosna
spadała mi na powieki światłem i krzykiem.
Nie zrozumiałam niczego i nawet gdyby pozwolono mi wrócić
nie ocaliłabym żadnego imienia.
I gdziekolwiek pójdę, towarzyszy mi śmiech dzięcioła
w zielonej czapeczce, z białą plamą pod gardłem,
wystukującego na sośnie znajomy werbel.

Morze i tamaryszki...wiało pięknie, fale szalały z jęzorami po zimnej plaży, ale w zaciszu Stogów w Gdańsku, tuż obok knajpki ze smażonymi rybami( ach, ten łosoś....halibut....jejku...)- tam było spokojnie i zupełnie jak w Taorminie...
Pachniało Gałczyńskim
Nostalgią.
Późnym majem.
....